poniedziałek

18 dzień lutego


Tak sobie myślałam popijając kawę, że nie wszystkie myśli dopadają mnie podczas mojego porannego rytuału. Zdarza się (nader często), że „problem” rodzi się wcześniej i ciągnie się za mną aż do rana, kiedy to mam czas na to, żeby analizować, rozważać i rozkminiać. Tak było i tym razem, kiedy przypomniała mi się sytuacja, której świadkiem byłam dzień wcześniej.
Bóg nam dał dwoje oczu żebyśmy więcej widzieli, dwoje uszu, żebyśmy więcej słyszeli, jedne usta, żebyśmy mniej mówili.
Otóż widziałam (i słyszałam) jak jedna pani pokazywała zdjęcia jakiegoś dziecka. Nie ma znaczenia czyje to było dziecko. Zdjęcia były oczywiście zapisane na telefonie – było ich tysiąc... Inna pani zachwycała się każdym z nich; „ach, och, ojj, jaki słodki, cudo” powtórzone było właśnie tysiąc razy – stąd wiem, ile tych zdjęć było. Ponad pół godziny musiałam słuchać tych zachwytów... Czułam się strasznie niekomfortowo, żołądek mnie rozbolał. Ja tak bardzo chciałam sobie poczytać w spokoju.
Jeszcze gdyby te achy i ochy wychodziły z serca, jakoś bym była w stanie przymknąć oko, przetrawić to jakoś. Niestety. Wyglądało mi to na udawanie – no wiecie, mowa ciała, ton głosu i takie tam. Myślę, że pani od achów i ochów oglądając te tysiąc zdjęć raczej myślała o swoim obiedzie. A może o wakacjach?
Skąd takie podejrzenia? Ja również od czasu do czasu oglądam czyjeś zdjęcia. Z reguły jest tak, że pierwsze zdjęcie: „ach!”, drugie zdjęcie: „och!”, trzecie zdjęcie: „jak ślicznie”, czwarte zdjęcie: „nuda”. Być może ze mną jest coś nie tak, być może ja jestem dziwna, asocjalna. 
Nie mówię, że nie lubię dzieci. Nie o dzieci tym razem chodzi. Sama mam czworo i mogę godzinami oglądać nasze zdjęcia i za każdym razem, kiedy je oglądam krzyczeć mogę: „ach, och, ojj, jaki słodki, cudo”. Jednak każde zdjęcie ma w tle historię, wspomnienie. Są wartościowe – ale tylko dla mnie i moich dzieciaczków. Zdjęcia obcych ludzi takiej wartości dla mnie nie mają. No chyba , że przy każdym zdjęciu się zatrzymamy, żeby posłuchać ciekawej historii. Ale takie rzeczy w dobie smartfonów się już nie zdarzają. Zdjęcia typu: „tu Kazio na huśtawce u góry, a tu na dole”, „tu Lusia włożyła paluszek do wody, a tu całą rączkę zamoczyła” są nudne! Ciekawe, czy dałoby się wrócić do prawdziwych zdjęć, najlepiej czaro-białych... Może warto spróbować i założyć prawdziwy album, taki z duszą.

W tej całej obserwowanej przeze mnie sytuacji najgorszy nie był fakt, że to KTOŚ te achy i ochy, ale fakt, że zdałam sobie sprawę, że ja też tak mam, że również mi zdarza się „ach, och, ojj, jaki słodki, cudo”. Pomyślałam sobie, jaką ja fałszywą osobą jestem.
Fuj.
Muszę się zmienić.



sobota

16 dzień lutego


Popijałam sobie moją kawę i znów myśli o szczęściu mnie dopadły.
Odkąd ludzkość prowadzi jakieś tam zapiski i rejestruje "co człowiek myśli", czyli od najdawniejszych czasów, to nic tak na prawdę nowego nie wymyślono. Szczęścia szukaliśmy, szukamy i wszystko wygląda na to, że następne pokolenia też będą szukać. Najgorsze jest jednak to, że sporo ludzi słucha oszołomów, którzy obiecują, że znają receptę na szczęście. Mało tego. Ci ludzie płacą kolosalne pieniądze, żeby tą receptę dostać.
No cóż, pochwalę się. Ja też wiem jak osiągnąć szczęście i jestem w stanie sprzedać receptę. Czemu nie? Nikt chyba nie wykupił żadnych praw autorskich, czy patentów.
Zastanawiałam się za jaką cenę. Myślę, że 1 500 000 złotych mi wystarczy. Ciekawe ile osób się zgłosi... Dlaczego tyle? No, to już czysta ekonomia i kalkulacja – tyle potrzebuję kapitału, żeby zainwestować i mieć dochód pasywny (to się chyba tak nazywa) i być szczęśliwa.
OK, odkładam sarkazm na bok.
Problemem szczęścia ludzkość zajmuje się od wieków. Szczęście jest przedmiotem badań dla filozofów, psychologów. Szczęście badane jest w zakresie biologii, a ostatnio nawet fizyki (przynajmniej ja tak widzę fizykę kwantową). Czy jesteśmy bliżej? Oj, nie wydaje mi się, niestety. Już pisałam wcześniej (tutaj), że nie ma jednoznacznej definicji szczęścia, a jeśli czegoś nie znamy, to nawet jeśli to mamy przed oczami, to nie wiemy, że jest. Zagmatwane to trochę? Dam może przykład. Otóż dawno temu, kiedy pierwsze statki z Europejczykami zbliżały się do wysp na Karaibach, zamieszkujący na wyspach ludzie okrętów nie widzieli. Być może widzieli jakieś dziwne chmury, może jakieś nieznane stworzenia, ale nie statki. Tego co widzieli nie byli w stanie nazwać statkiem.
I mi się wydaje, że nie można mówić o szukaniu szczęścia, jeśli nie zostanie jasno i zdecydowanie określone, co to pojęcie znaczy.
Im bliżej czasów nowożytnych, tym bardziej nauka (no ogólnie, nauka) gubi się i błądzi. W Starożytności były dwie szkoły. Według jednej trzeba mieć, żeby być szczęśliwym, według drugiej – trzeba być. No, tak w najprościej. Później zaczęto mieszać i już to osiąganie szczęścia nie jest takie łatwe. Daruję wszystkie filozoficzne teorie, psychologiczne aspekty i fizyczne idee, ale...
Z punktu widzenia endokrynologii uczucie szczęścia osiągamy wówczas, kiedy się tam jakieś oksytocyny wytwarzają, czy jakoś tam. Na chłopski rozum wystarczyłoby zadbać, o to, aby się te odpowiednie hormonki wydzielały non stop i już. Proste. I dlaczego nikt o tym nie krzyczy?
Ależ krzyczą moi kochani. Krzyczą od dawna. Odkryłam, że problem tkwi w tym, że ludzie nie wiedzą co powoduje, że im te odpowiednie hormony się produkują. Dlatego jedni krzyczą ćwicz, inni krzyczą spotykaj się z przyjaciółmi, inni jeszcze - zadbaj o karierę. Prawda chyba jest taka, że każdy z nas ma inne wartości i każdemu z nas co innego sprawia radość.
Jak się dowiedzieć „co mi sprawia radość”? To już temat za 1 500 000 złotych.


czwartek

14 dzień lutego


Popijając moją kawę zastanawiałam się o czym napisać na blogu, żeby nie pisać o miłości. Są Walentynki i wszędzie jest tak okropnie czerwono, jakbyśmy po jakiej rewolucji byli.
Miłość to nie tylko seks, szampan i kawior. Pisałam już o tym. Nie podoba mi się skomercjalizowanie najpiękniejszego uczucia, które człowiek może doświadczyć. Może, ale nie musi.
Przyszło mi do głowy, jak potwornie czują się osoby samotne w taki dzień jak dzisiaj. Taką presję media kładą na to, aby mieć kogoś, komu należy się walentynka, że ludzie zaczynają udawać, że mają, albo wybierają byle kogo, byle mieć. W necie można znaleźć poradniki o tym jak zaaranżować zdjęcie, żeby wyglądało, że nie jesteś sam - bo to przecież wstyd być singlem.
No i te promocje dla par. Dyskryminacja samotnych - bez względu na to czy samotny z wyboru czy nie, płacisz pełną kwotę, bo po obniżonej to tylko dla par.
Jak żyję to nie widziałam oferty typu: kochamy naszych klientów, z okazji święta miłości specjalna cena - tylko dzisiaj płacisz 1zł, bo drogi kliencie my Cię kochamy.
A co jeśli jestem zakochana w sobie? Przecież przez cały rok słyszę "pokochaj siebie"!
Przez 364 dni "kochaj siebie", 1 dzień "kochaj swoją drugą połówkę"?
Dla mnie jednak komercjalizacja idzie troszkę za daleko i takie "zseksowanie" Walentynek, sprowadzanie miłości tylko do poziomu spraw łóżkowych jest nie do zaakceptowania.  W Walentynki buntuję się i mam w nosie wszystkich. Dla mnie to dzień miłości własnej, totalnego egoizmu i w ten dzień proszę nie prosić mnie o przysługę - odmówię!  Z okazji walentynek Ptasie Mleczko zjem sama, bo z chłopakami się dzielę przez całą resztę roku. Zjem sama słodkości, obejrzę film taki jaki JA chcę, ugotuję to co JA lubię jeść.
Tak sobie myślę...
Czy w ogóle jest święto kochania siebie? Taki światowy dzień egoizmu?

Życzę wszystkim, żeby każdy mógł korzystać z ofert dla par z odpowiednią osobą.
Kocham Was, ale Ptasim Mleczkiem to się podzielę jutro.


wtorek

12 dzień lutego

Na szczęście

Niewiele do szczęścia potrzeba: 
trochę piasku, morza, nieba… 
Jan Izydor Sztaudynger

Tak sobie rano piłam kawę i myślałam o szczęściu. Nie robiłam nigdy konkretnych badań na ten temat, ale mam wrażenie, że jednym z głównych pragnień każdego człowieka to jest osiągnięcie stanu, który ogólnie nazywamy szczęściem.
Według słownika PWN szczęście to:
- powodzenie w jakichś przedsięwzięciach, sytuacjach życiowych itp.;
- uczucie zadowolenia, radości; też: to wszystko, co wywołuje ten stan;
- zbieg pomyślnych okoliczności.
Ogólnie, prawda? Bardzo ogólnie. I na dodatek, czarno na białym widać, że szczęście to nie jest stan, który raz osiągnięty pozostanie z nami przez resztę życia.
Przykładem, że tak jest, może być badanie, które jakiś tam czas temu, chyba w Australii, przeprowadziła grupa psychologów. Na podstawie odpowiednio zestawionych pytań określili poziom szczęścia różnych osób. Wśród badanych była osoba, która wygrała duże pieniądze na loterii i osoba sparaliżowana w wyniku wypadku. Oczywiście poziom szczęścia obu był kompletnie różny; świeży milioner był w ekstazie, inwalida na wózku – w depresji. Do badanych naukowcy zwrócili się ponownie po roku. Okazało się, że poziom szczęścia w tych obu przypadkach był na podobnym poziomie, mimo że, sytuacja obu się nie zmieniła w jakiś drastyczny sposób – ten co wygrał nadal miał pieniądze, ten sparaliżowany nadal był przykuty do wózka.
Zupełnie inaczej sprawę szczęścia potraktowano w Stanach Zjednoczonych. Do ciekawych wniosków doszli naukowcy Harvardu.
W 1938 roku rozpoczęto program badawczy, który polegał na tym, że co roku wracano do tej samej grupy mężczyzn z pytaniami o ich losy, o ich rodziny, ich plany. Na podstawie zebranych danych wyszło, że to dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi. Sformułowano trzy podstawowe „prawa”, które decydują o tym, czy nasze życie jest szczęśliwe czy nie.

Po pierwsze:

ludzie, którzy żyją w stałym bliskim kontakcie z rodziną i społecznością są szczęśliwsi i zdrowsi. Kontakt ze wspólnotą realnie wpływa na ich zdrowie fizyczne, psychiczne, dlatego żyją dłużej niż osoby samotne.

Po drugie:

w życiu jakość relacji i kontaktów okazuje się być ważniejsza niż ich liczba.

Po trzecie:

stabilne małżeństwo to nie tylko lepsze zdrowie fizyczne, ale i lepsza pamięć. Osoby w szczęśliwym związku dłużej mają sprawny umysł.

WOW! Nasze szczęście zależy nie tylko od nas, ale również od ludzi, wśród których żyjemy. To jak ich traktujemy zależy od nas, ale nie jesteśmy w stanie szczęście osiągnąć w samotności.

Jest jeszcze kwestia pieniędzy w odniesieniu do osiągnięcia szczęścia. Przez lata wmawiano mi, że pieniądze szczęścia nie dają (badania w Harvardzie niejako to potwierdziły). Ale czy nie wydaje Wam się, że pieniądze pozwalają na to, aby szukać szczęścia w bardziej luksusowych miejscach? Czy nie jest łatwiej szukać szczęścia z pełnym brzuchem?
Poza tym, kurcze, głupio odwiedzić koleżankę z pustymi rękami.

„Pieniądze szczęścia nie dają. Zakupy to co innego.” powiedziała Marylin Monroe.

Szukać szczęścia

niedziela

10 dzień lutego


I o czym to ja myślałam? A, już pamiętam. Piłam sobie rano moją kawę i myślałam o tym, jak chciałam zostać baletnicą. Dawno temu to było, a ja wciąż pamiętam.
Szkoła podstawowa. Na każdym piętrze, z prawej strony szczytu schodów, na ścianie wisiały tablice – gazetki szkolne. Na drugim piętrze stała chuda dziewczynka w potarganych włosach i czytała, że szkoła baletowa w Gdańsku prowadzi nabór. Przeczytawszy była pewna, że to jest to, co chciałaby robić... Mimo to, nigdy baletnicą nie została.
Moja mama nie zgodziła się. Musiałaby zostawić córkę, która ma zaledwie dziewięć lat, około dwieście kilometrów od domu. Ja chyba też bym córce odmówiła. Nie upierałam się długo. Byłam za mała, żeby się upierać, za mała, żeby za wszelką cenę dążyć do spełnienia marzenia o białym tutu i pointach (pointy, z francuskiego pointe – szpic, twarde baletki, używane w balecie). Nie mam żalu do nikogo, żeby nie było. Mam dzieci i rozumiem decyzję mamy.
Ja nie naciskałam. Wiedziałam, że to nic nie da.
Później, gdy byłam starsza, patrząc na kręcące się w piruetach baleriny, myślałam sobie „też bym tak chciała”, ale nie robiłam nic poza tym.
Z biegiem lat marzenia o balecie zaczęłam traktować jako kaprys małej dziewczynki – najprawdopodobniej dlatego, że moja mama też to tak potraktowała. Ale za każdym razem, kiedy widziałam lub słyszałam cokolwiek związanego z tańcem klasycznym, coś mnie ściskało i to mocno. Przechodziło szybko, bo trzeba było zająć się jakimś zaliczeniem w szkole, albo nakarmieniem dzieci. Lata mijały, balet wracał i odchodził. Ból wracał i odchodził.
W okolicach 48. urodzin zdarzyło mi się obejrzeć wykład, który wygłosił Randy Pausch w Carnegie Mellon University. Mówi w nim o spełnianiu marzeń z dzieciństwa - „Really achieving your childhood dreams” (po polsku: Naprawdę realizuj swoje marzenia z dzieciństwa).
Wystąpienie pana profesora nie dotyczy niespełnionych marzeń z dzieciństwa, jego przesłanie jest absolutnie, totalnie inne. Mimo wszystko to, co powiedział Pausch, wywarło na mnie
wrażenie, stało się dla mnie inspiracją.
Czy ja spełniłam swoje marzenia? Jakie one były? Co mogę zrobić, żeby je spełnić?
Wystąpienie, które trwa ponad godzinę, skłoniło mnie do myślenia. Oczywiście pomyślałam o balecie, ale nie tylko.
Na blogu już pisałam o fascynacji kosmosem, międzygwiezdymi podróżami. Tak się złożyło, że około roku, może półtora, przed obejrzeniem występu profesora, wzięłam udział w sześciotygodniowym kursie dotyczącym właśnie kosmosu. Rozmyślając nad tym, co powiedział Pausch, wróciłam do tego czasu. Przypomniałam sobie, jak bardzo czułam się podekscytowana słuchając opowieści o planetach, gwiazdach i mgławicach. Jaką radochę sprawiało mi liczenie rożnych parametrów związanych z ruchem ciał niebieskich. I nagle zobaczyłam w gwiazdach tańczącą baletnicę, i pomyślałam: „czemu nie?”. Sprawy nie odkładałam.
Oczywiście primabaleriną baletu moskiewskiego nie zostanę, ale sam fakt uczestniczenia w lekcji, uczucie które towarzyszyło w czasie trzymania drewnianego drążka, widok siebie w lustrach na całą ścianę, baletki na stopach, obolałe mięśnie o których istnieniu pojęcia nie miałam... Tego się nie da opisać słowami, tego trzeba doświadczyć. Przy okazji przekonałam się też, że nie tylko ja wariatka jestem i nie tylko ja po 40. na balet się decyduję. 
Jako balerina kariery nie zrobię, nie dane mi, niestety. Ale poczułam, posmakowałam, odhaczyłam.
Kilka marzeń jeszcze zostało do odhaczenia. I mam zamiar je „zaliczyć”.


Przy okazji.
Ciekawa jestem, czy ktokolwiek odważy się oszacować, ile procent dorosłych osób spełnia się w zawodzie wymarzonym w dzieciństwie?
Naukowcy przeanalizowali dane z British Household Panel Survey (2014)  i okazało się, że tylko sześć osób na sto (6%) pracuje w zawodzie wybranym w dzieciństwie. Smutne to trochę.