środa

30 dzień grudnia

Przyczyna - emocja - uczucie

Tak sobie myślałam, popijając moją kawę oczywiście, że odkąd pamiętam, zawsze słyszałam „nie płacz bez powodu”, „nie musisz być smutna”, „nie ma się czym martwić”, „nie powinnaś się gniewać”. Chodzi o to, że zawsze miałam powód, kiedy byłam smutna, zła lub zdenerwowana. Rzecz w tym, że nikt nie był w stanie tego zrozumieć. Zasadniczo wszyscy mamy inny obraz rzeczywistości i moje problemy nie mogły być zrozumiane przez kogoś innego.

Jak często słyszymy, że nie powinniśmy myśleć negatywnie? Zwłaszcza o sobie. Łatwo powiedzieć, niełatwo to zrobić.

Mądrzy ludzie próbowali zrozumieć i wyjaśnić uczucia i emocje od początku cywilizacji. Starożytni filozofowie, średniowieczni alchemicy, księża, medycy, psychologowie, a nawet fizycy — wszyscy oni szukali odpowiedzi. Dlaczego czujemy to, co czujemy? Dlaczego różni ludzie inaczej czują się w tej samej sytuacji?

W latach sześćdziesiątych dr Paul Ekman opisał sześć podstawowych emocji. Jego badania koncentrowały się na języku ciała, ale zaobserwował wzorce w fizycznej ekspresji ciała, gdy ludzie doświadczali emocji. Nawiasem mówiąc, po chwili stał się specjalistą od ... kłamstw. Opracował nawet szkolenie dla osób, które muszą wiedzieć, kto kłamie, a kto nie...

Dla mnie jednak ważniejsze jest to, że jasno opisał różnicę między emocjami a uczuciami. Wielu przyjęło jego sposób myślenia. Teraz nikt nie kwestionuje faktu, że zanim 'poczujemy', musimy doświadczyć 'emocji'.

Więc jaka jest różnica?

Emocja jest reakcją na bodźce z otoczenia. Zanim poczujemy złość, musimy się zdenerwować. Nasz organizm musi wytworzyć jakiś rodzaj hormonów, przyspieszyć tętno itp. Wtedy czujemy złość. Podobnie jest w przypadku smutku, radości, miłości, wzór jest ten sam: przyczyna — emocja — uczucie. Znajomość różnicy pomaga zarządzać emocjami i uczuciami. Łatwiej jest zaakceptować to, co czujemy.

Bądź dobry, pozytywny, optymistyczny, dąż do sukcesu, bądź duchowo oświecony, jedz zdrową żywność. Bądź sobą. Kochaj wszystkich. Uwolnij się od wątpliwości. Zakochaj się w mężczyźnie lub kobiecie swoich marzeń. Bądź szczęśliwy. Trend doskonałego życia sprawia, że stajemy się bardziej niespokojni, przygnębieni i mamy poczucie porażki. Ciągłe dążenie do doskonałości jest wyczerpujące, co więcej — standardy wciąż rosną, a my na okrągło czujemy się „niedostatecznie”. Nie jesteśmy stworzeni do bycia pozytywnym 24/7. To dla nas za dużo pracy. Większość z nas gubi się w myślach i „przepycha” się przez życie. Staramy się być wiecznie zajęci i jesteśmy odrętwiali. Dążenie do szczęścia dosłownie czyni nas nieszczęśliwymi. Ważne jest, aby zrobić miejsce na ciemne strony życia. Zaakceptujmy to.

Musimy zaakceptować negatywne emocje. Istnieją, są prawdziwe, są częścią naszego życia. Naprawdę wierzę, że potrzebujemy ich, abyśmy ewoluowali jako istoty ludzkie i naprawdę nie podoba nam się obecny trend tłumienia i negowania „negatywnych” emocji. Zamiast tego powinniśmy skupić się na rozwijaniu umiejętności, które pomogą nimi zarządzać. Powinniśmy nauczyć się radzić sobie z lękiem, smutkiem, złością, upokorzeniem itp.

Lęk pojawia się, gdy skupiamy się na przyszłości. Podoba mi się metafora „kręcimy filmy”. Może to wywołać lęk przed nieznanym, przeczucie, że coś złego się wydarzy. Tworzy przytłaczający stan zamartwiania i zamyślenia, a jeśli utrzymuje się przez dłuższy czas, może doprowadzić do choroby. Smutno nam, kiedy nasza uwaga skupiona jest na przeszłości. Istnieją setki powodów, które mogą doprowadzić nas do smutku i — gdy się smutek przedłuża — do depresji (są jednak teorie, że depresja ma inne korzenie).

„Z każdą minutą, w której jesteś zły, tracisz sześćdziesiąt sekund spokoju” — powiedział Ralph Waldo Emerson. Możemy łatwo powiedzieć, że wpadamy w złość — czujemy przyspieszone bicie serca, czujesz krew płynącą w żyłach ... wiemy, że możemy przenosić góry. I zamiast wyrazić to, co czujemy, mówimy: „eee, wszystko w porządku”? Mamy ściśnięty żołądek, zaciśnięte pięści... Ta energia powinna zostać uwolniona i można to łatwo zrobić.

Oczywiście nie mówię, że powinniśmy rzucać rzeczy w osobę, na którą się złościmy. Jest wiele lepszych sposobów na wyzwolenie „tej” energii — i tak naprawdę nie ma znaczenia, czy jest to energia z emocji „pozytywnych” lub „negatywnych”. Jeśli zbyt długo będziemy mieć „motyle w brzuchu”, też możemy się rozchorować.

Zwyczajnie, aby uwolnić napięcie, trzeba się ruszyć. Pomocna może być każda aktywność fizyczna, nawet zwykły spacer. Jazda na rowerze, pływanie, jogging, trening, joga, taniec, co tylko chcemy. Możemy wybrać, co lubimy i co czujemy — ale ruszajmy nasze ciało z miejsca! Boksowanie worka treningowego będzie dobry na gniew, bieganie na niepokój. Kiedy czujemy smutek, możemy pływać. Kiedy czujemy radość, możemy tańczyć. Kiedy czujemy miłość ... ach, myślę, że ten temat zostawię na osobny wpis.

piątek

30 dzień października

 


Co by było, gdyby

Tak sobie myślałam, popijając moją kawę oczywiście, jakby to było, gdyby mnie nie było.
I jak o tym myślałam, to dotarło do mnie, jak bardzo ważna jestem, beze mnie świat byłby zupełnie inny.

Przede wszystkim moi rodzice być może mieliby spokojniejsze życie, bo ja (z mojego punktu widzenia) nie byłam dzieckiem grzecznym. Moja siostra to co innego. Czy moja siostra byłaby tą grzeczniejszą, gdyby nie ja? Przecież nie byłoby 'punktu odniesienia'? Być może wychowująca się jako jedynaczka byłaby rozpieszczoną panienką?

Beze mnie moje koleżanki inaczej by się bawiły. Na pewno bawiłyby się na tym samym podwórku. Czy te zabawy beze mnie byłyby takie same? Czy musiałyby rozwiązywać konflikty, które przeze mnie się pojawiały, czy kłóciłyby się o te same rzeczy? Czy śmiałby się z tych samych dowcipów? Słuchałyby tej samej muzyki, rozmawiały o tych samych głupotach?

Mój mąż miałby inną dziewczynę, inną żonę. Czy byłby innym człowiekiem? Czy jego życie nie byłoby inne? Na pewno jadłby inne obiady (kto wie, czy nie lepsze, bo ja jakoś z tym gotowaniem — no nie za bardzo, wolę sprzątać). To nie wszystko. Przecież gdyby mój mąż miałby inną żonę, to życie tej kobiety byłoby inne. I inne byłoby życie ludzi związanych z tą kobietą...

Gdyby mnie nie było, nie byłoby moich dzieci. Jak bardzo wpłynęłoby to na ludzi, którzy się z nimi w jakiś tam sposób związały? Mój zięć miałby inną panią swego serca, miałby inną rodzinę, a może nie miałby jej w ogóle?

Inaczej byłoby też u mnie w pracy. Nie twierdzę, że jestem niezastąpiona, ale moje nastawienie, moje humorki, mają wpływ na ludzi, z którymi pracuję. Brak kontaktu ze mną z pewnością miałby wpływ na to, w jaki sposób wchodziliby w relacje z innymi, jak odbieraliby rzeczywistość, na co zwracaliby uwagę.

I jak sobie o tym wszystkim tak myślałam, dotarło do mnie, że nie tylko ja taka ważna jestem. Dotarło do mnie, że każda osoba, którą w życiu spotkała, jest tak samo ważna. Nie byłabym JA, gdyby nie wszyscy ci ludzie. I nie tylko osoby, które znam, z którymi rozmawiałam. Osoby spotkanie tak sobie, przechodzące obok na ulicy też wywarły na mnie wpływ... w taki lub inny sposób.

I jak sobie tak o tym wszystkim myślałam, to dotarło do mnie, że o tym już czytałam, że o tym słyszałam. I dlatego uwielbiam fizykę kwantową.

Wszystko jest ze sobą powiązane, w taki czy inny sposób.

W fizyce kwantowej istnieje termin 'holon'. Nie wchodząc w szczegóły (bo mimo wszystko fizyka kwantowa wciąż jest dla mnie tym samym, czym jest magia), holony to takie części całości, które też są swego rodzaju całością. I tak po kolei: mamy organizm, organizm składa się z organów, organy z tkanek, tkanki z komórek, komórki z białek, białka z cząstek, cząstki z atomów... Można też w drugą stronę: organizm jest częścią gatunku, gatunek częścią ekosystemu, ekosystem częścią planety, planeta częścią układu słonecznego, układ słoneczny częścią galaktyki... I w którą stronę, by nie wyliczać, to można tak bez końca. Oczywiście, w zakresie świata poznanego. Jeszcze niedawno uczeni byli pewni, że nie ma nic mniejszego niż elektron. A tu bum! Niespodzianka: elektrony też można podzielić na części.

I kiedy tak sobie myślałam o tej fizyce kwantowej, to dotarło do mnie, że faktycznie świat nie byłby taki sam beze mnie, ja jestem częścią świata, beze mnie całość nie byłaby całością. Nie, żebym była jakaś wyjątkowa, bo przecież każda spotkana osoba, jest częścią 'tej' całości.

Jak przysłowiowe trybiki w maszynie... Jeden trybik nie działa, maszyna do niczego. Trzeba trybik wymienić, ale to nie ten sam trybik. Trybik jest ważny, jeśli jest w 'całości'. Trybik jest trybikiem, kiedy jest w maszynie. Poza maszyną jest bezużyteczny, nie jest nawet trybikiem...

Beze mnie nie ma rzeczywistości, ale gdy nie ma rzeczywistości, nie ma mnie. Muszę szanować całość, żeby zachować własne znaczenie. Gdyby zabrakło wszystkiego, co mnie otacza, nie byłoby mnie... No i beze mnie świat nie byłby taki 'cały'.

Pokręcone to wszystko i skomplikowane, wiem. Gdy jednak trochę się nad tym zastanowić, koncept rozjaśnia się i łatwiej jest wchodzić w jakiekolwiek relacje ze światem, no z tą całością, bo każda część całości jest niezmiernie ważna.

Takie to właśnie rozkminki do głowy przychodzą, gdy rano sobie siedzę i spokojnie popijam kawę, kiedy w domu jeszcze cicho, bo wszyscy śpią.

środa

30 dzień września


Normalnie inaczej

Tak sobie myślałam, popijając moją kawę oczywiście, o tym, jak mi się życie pokręciło zupełnie. Ja wiem i zdaję sobie sprawę, że nie tylko mi, ale to blog osobisty, więc będzie o mnie...

Ten rok przejdzie do historii. O 2020 będą uczyć w szkołach przez następnych 200 lat.

Cały rok miałam zaplanowany z dokładnością do tygodnia. E tam, co do dnia! Miały być przygody, miały być podróże... natura chciała inaczej, natura zaplanowała co innego.

W Irlandii restrykcje związane z pandemią wprowadzone zostały w marcu. Najpierw odwołano parady z okazji św. Patryka i zamknięto wszystkie puby i szkoły. Trochę później zamknięto resztę miejsc publicznych i zakazano podróżować dalej niż dwa kilometry od domu. Do pracy przestałam chodzić osiemnastego marca.

Było dziwnie. Pierwszy tydzień cieszyłam się, że mam wolne, ale było mi smutno, bo na ten właśnie tydzień miałam zaplanowany wyjazd do Szkocji. Bilety kupione, plecak spakowany. Zamknęli lotnisko, odwołali loty. Zostałam w domu z namiotem w plecaku. Kiedy minął smutek, kiedy poczułam się raźniej, zaczęło mi brakować pracy! Nie wiedziałam co ze sobą robić. Cały dzień w domu, ze wszystkimi – dziwnie było. I jakoś tak niespodziewanie postanowiłam posprzątać w ogrodzie. Muszę się przyznać: było co sprzątać! Powyrywałam chwasty, powycinałam przerośnięte krzaki. Na szczęście pogoda dopisywała. Wyjątkowe lato jak na Irlandię. Całe dnie spędzone w ogrodzie dały mi dużo radochy. Jeszcze więcej radochy było, kiedy wszyscy usiedliśmy sobie przy grillu, zajadaliśmy się kiełbaskami i karkówką. Zdarzyło się nawet, że popijałam sobie Guinnessa. Prawdziwy, totalny relaks.

Raz na dwa tygodnie siadałam sobie w pokoju z telefonem na podstawce, żeby spotkać się z ludźmi z pracy. Co dwa tygodnie mieliśmy zebranie online... wszyscy zastanawialiśmy się, kiedy będzie trzeba wracać do pracy. Ja im dłużej siedziałam w domu, tym mniej chciałam do tej pracy wracać. Według oficjalnych źródeł rządowych do pracy mieliśmy wrócić nie wcześniej niż około dwudziestego sierpnia.

Mój ogród był już posprzątany, a do końca sierpnia zostało jeszcze dobrych kilka tygodni. Musiałam wymyślić sobie coś, żeby się nie nudzić, no i znalazłam: kursy online. Mogłam też oglądać Netflixa, ale po kilku odcinkach Gotham dostałam doła i stwierdziłam, że życie jest ciekawsze niż Netflix.

No więc kursy on-line. Zaliczyłam trzy: dzieła literatury antycznej, sagi islandzkie i ''meteorologię podwórkową''.

Każdy ciekawy i każdy czegoś mnie nauczył. Czy wiecie, że język, którym posługują się w Islandii, jest bardzo podobny do tego, którego używali Wikingowie, bardziej niż inne języki Skandynawii? Wcześniej też nie wiedziałam, że historie Odyseusza opowiadane są przez niego samego. Jakoś mi umknęło, że to Odyseusz jest narratorem (może byłam na wagarach, kiedy mieliśmy to na polskim?).

Najwięcej radochy miałam z kursu o meteorologii. Chodziło w nim o to, żeby nauczyć się przewidywać pogodę na podstawie 'znaków na ziemi i niebie', nie korzystając z żadnych urządzeń. Być może nie mam jeszcze wprawy, ale w 75% jestem w stanie nie tylko powiedzieć jaka pogoda będzie, ale również wyjaśnić co się 'tam' dzieje.

Kursy zakończyłam, a tu jeszcze tyle wolnego zostało – pomyślałam: ''więcej kursów''.

Zupełnie przypadkiem, przeglądając Facebooka, znalazłam ofertę kursu, który chciałam zrobić od dawna, ale nie było mnie stać. Tym razem jednak cena była niesamowicie niska – prawdopodobnie, ktoś stwierdził, że skoro ludzie siedzą w domu, to będą więcej kupować i będą jeszcze więcej kupować, jeśli ceny będą kosmicznie niskie. No i zdecydowałam, że skoro kosmicznie niska cena i jestem w stanie zapłacić, to 'raz kozie śmierć', kupię. I kupiłam.

A jak kupiłam, to dostałam wiadomość, że we czwartek mam szkolenie w pracy, bo wracamy! To była dopiero połowa czerwca!!!

Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak mi się płakać chciało. Oczywiście byłam na szkoleniu, oczywiście wróciłam do pracy, jednak tak bardzo niechętnie, że gdzieś mi zginął cały lipiec!

Obecnie już doszłam do siebie. Pogodziłam się z faktem, że 'okradziono' mnie z wolnego czasu.

Ja wiem, że jest sporo osób, dla których izolacja w czasie lockdown (jak to przetłumaczyć na polski?), to była prawdziwa tortura. Ja miałam to szczęście, że nie byłam sama. W tym wolnym czasie częściej rozmawiałam z córką i wnuczką niż wcześniej (on-line, bo one tam, a nie tu). Bąbel codziennie 'bawił się' z dzieciakami ze szkoły. Nie był to oczywiście bezpośredni kontakt, wszystko odbywało się przez internet.


No i pogoda dopisała. Może inaczej bym o wszystkim myślała, gdyby cały czas padał deszcz, co przecież tutaj jest normą.

Na razie zwolniłam z kursem, bo nie jestem w stanie robić tego 'na pełnym etacie', w ogrodzie od czasu do czasu trawę skoszę. Do pracy chodzę jak wcześniej, jak przed 18 marca. Jedyna różnica to maska na twarzy. Wszystko wraca do normalności, ale jakoś nie do końca.

Inaczej patrzę na świat, inaczej na siebie, inaczej na innych. Zmieniłam się chyba trochę. Nabrałam dystansu. Już nie pierwszy raz Ktoś mi dał do zrozumienia, że są rzeczy ważne i ważniejsze. I że wszystko zależy od tego, w jaki sposób interpretujemy to, co się wokoło nas dzieje.

24 dzień czerwca


Aloha!

Tak sobie myślałam, popijając moją kawę oczywiście, że zamiast do pracy to ja bym sobie w góry poszła. Najlepiej w Himalaje, gdzie śnieg, gdzie zimno, gdzie wieje (akurat za wiatrem to nie tęsknię, bo tu akurat często wieje).
Bo o Mount Everest to ja bardzo często myślałam. Jakoś się tak złożyło, że nie wyszło.
Żeby w góry wysokie się wybrać, to trzeba zaliczyć te niższe. I zaliczałam – Świętokrzyskie, Beskidy... I problemów nie było, i dawałam radę. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy apetytu na Tatry dostałam, okazało się, że nie mogę – nie, bo facetem nie jestem. A że młoda byłam i głupia, i mnie nikt nie nauczył, jak walczyć o swoje – zrezygnowałam. Pomyślałam sobie „no tak już chyba musi być, chyba to nie dla mnie” i się poddałam. I tak jakoś teraz żałuję. Bo być może gdybym się zawzięła, gdybym się uparła, gdybym walczyła, to może nie tylko Tatry wysokie, ale i w te Himalaje bym polazła.
Chodziłam jeszcze sobie tu, tam, nawet te Tatry odwiedziłam, ale to nie było to. Bo mąż, bo dzieci, bo kłopoty dorosłego życia... Nie żebym jakiś żal do kogokolwiek miała. Ja wściekła sama na siebie jestem.
I patrzę na ludzi, i widzę, jak dążą do celu, jak wypruwają siebie flaki, żeby znaleźć się tam, gdzie chcą. Nie rezygnują, kiedy im ktoś wmawia „to nie dla ciebie...”. I się wkurzam na siebie, że się poddałam, przecież tak lubię łazić po tych górach (na plaży też lubię leżeć, żeby nie było).
Zastanawiam się również, czy jest coś, co mogłabym zrobić teraz, żeby te Himalaje zobaczyć. Oczywiście z góry je obejrzeć, z tej najwyższej. I szperam w tym internecie. Oglądam filmiki, czytam rady, ale nic a nic nie ma o tym, jak pani w średnim wieku z poziomu kanapy wdrapuje się na Mount Everest. Dla młodych – ok, dla wysportowanych – ok, ale nie dla babci w moim wieku.
Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że wdrapać się na tę górę nie jest łatwo (jeszcze trudniej zejść, poważnie).

Z reguły, jeśli ktoś pyta się o nazwę najwyższej góry świata, w odpowiedzi słyszy ''Everest''. A to nie tak do końca prawda. Fakt, wyżej wejść się nie da. Licząc od poziomu morza, Everest to najwyżej położony punkt świata. Jednak nie najwyższa góra świata. Wysokość góry liczy się od jej podstawy. I tu niestety Himalaje przegrywają z Hawajami. Najwyższa góra świata, Mauna Kea, mieści się w centrum największej wyspy Hawajów. „Biała góra” (tak należy tłumaczyć nazwę) ma ponad 10 000 metrów, ale większa jej część leży pod wodą. Wierzchołek sięga 4 200 metrów nad poziom morza (szczyt Mount Everest to 8 600 m npm.).
Mauna Kea to stary wulkan, no w końcu Hawaje to Hawaje, więc to nie duża niespodzianka. Znawcy tematu twierdzą, że Mauna Kea zaczęła rosnąć około 800 000 lat temu i ostatnia erupcja miała miejsce około 4500 lat temu.

Przy okazji pozwolę sobie wspomnieć, że jeśli policzymy odległość szczytu góry od środka Ziemi, to Everest przegrywa z andyjską górą Chimborazo, która wznosi się bardzo blisko równika w Ekwadorze.

Na szczyt Mauna Kea można się wdrapać, ale można też sobie wjechać. Co prawda nie ma publicznego transportu, ale na szczyt prowadzi droga i jeśli samochód jest odpowiedni – nie powinno być problemów (taki z napędem na cztery koła, terenowy taki). Może być problem z samopoczuciem, bo mogą wystąpić objawy choroby wysokościowej. W końcu to ponad cztery tysiące metrów. Tak czy inaczej; można się samochodem na szczyt wybrać. Teoretycznie, bo w praktyce – to cóż, nie takie proste. Ale po kolei.

Na początku lat sześdziesiątych XX wieku Hawajska Izba Handlowa zachęcała do ''rozwoju astronomicznego'' na Mauna Kea, mając nadzieję na ekonomiczne korzyści. W tym samym czasie jeden z profesorów uniwersytetu w Arizonie (Gerard Kuiper) szukał odpowiedniego miejsca na obserwatorium. On i jego asystentka robili testy i badania w różnych miejscach i w końcu uznali, że Mauna Kea to najlepszy wybór. Trzeba było zdobyć fundusze. Zaczęła się wojna o pieniądze i o prawo do postawienia obserwatorium. Bo o Mauna Kea nie tylko Kuiper wiedział. Walkę toczyły trzy uniwerstety – Arizona, Harvard i Hawajski. Mimo, że w tym czasie Uniwersytet Hawajski nie miał wydziału astronomii, to właśnie oni dostali od NASA fundusze. Wtedy władze uczelni zdecydowały się powołać Instytut Astronomii.
W 1968 roku Uniwersytetowi przekazano w dzierżawę, na 65 lat, grunty w promieniu czterech kilometrów od obserwatorium. Budowę teleskopu ukończono w 1970 roku – był to siódmy co do wielkości teleskop na świecie.
W 1973 roku Kanada i Francja zgodziły się na wsparcie budowy następnego teleskopu (Canada–France–Hawaii Telescope, w skrócie CFHT), który miał być większy (3,6 metra). Wówczas to lokalne organizacje zaczęły zgłaszać obiekcje. Obawiano się wpływu obserwatorium na środowisko. Głosy sprzeciwu zostały wysłuchane i przygotowano plan zarządzania (1977r.), który został zatwierdzony przez Uniwersytet Hawajski w 1982 roku.
W 1998 roku z dzierżawy przeniesiono osiem kilometrów kwadratowych na uzupełnienie ''rezerwatu epoki lodowcowej Mauna Kea'' (Mauna Kea Ice Age Natural Area Reserve). Pierwotny plan (ten z 1977 roku) rozszerzono w 2000 i pozostawiono ''dla astronomii'' dwa kilometry kwadratowe. Resztę przeznaczono na ''ochronę przyrody i kultury''. Mimo to, społeczność hawajska uznała, że okazano brak szacunku wobec wartości kulturowych.
W chwili obecnej w Rezerwcie Naukowym Mauna Kea pracuje trzynaście teleskopów (mniejszych i większych).
W kwietniu 2013 zatwierdzono budowę czternastego obiektu, który ma mieć trzydzieści! metrów. Może nie będzie to największy teleskop na świecie (taki ma zostać ukończony w 2025 roku w Chile), ale trzydzieści metrów to dużo.

By User:Cmglee - Comparison optical telescope primary mirrors.svg, CC BY-SA 3.0
TMT w górnym prawym rogu

Na Hawajach zawżało i w październiku 2014 roku odbył się pierwszy protest. Wstrzymano projekt. Tymczasowo. W marcu 2015 protestujący pojawili się ponownie, żeby zablokować drogę, która prowadzi na szczyt. Budowę wstrzymano ponownie. Tymczasowo. Gubernator obiecał zmiany w zarządzaniu rezewatem, ale stwierdził, że budowa TMT musi iść na przód. Sąd najwyższy zatwierdził wznowienie budowy w październiku 2018 roku. W połowie 2019 roku na change.org pojawiła się petycja ''The Immediate Halt to theConstruction of the TMT Telescope on Mauna Kea'', która do tej pory zebrała 398 319 podpisów.
Jak się sytuacja rozwinie? Zobaczymy. Wszystko jeszcze w toku.

Dlaczego Hawajczykom tak bardzo zależy żeby zatrzymać budowę? W końcu taki obiekt nie powinien w jakimś znaczącym stopniu zagrozić środowisku. Może też przynieść korzyści ekonomiczne, miejsca pracy i takie tam. Dlaczego więc protestują?

Sytem ''kapu'' to starożytny system regulujący wszystkie sfery życia na Hawajach. Określał dokładnie i konkretnie co, kto, kiedy i jak może robić, jeść, spać, iść. Wszystko co było objęte ''kapu'' było zabronione jako święte. 
System opierał się na przekonaniu, że wszystko co związane z duchami i bogami ma dużo mocy duchowej (mana). Wierzono, że reguły (kapu) zostały stworzone przez bogów i zinterpretowane przez wodzów (ali’i) i kapłanów (kahuna). Jako, że każdy wódz był potomkiem bogów, oni również byli kapu. Czyli nie dość, że mogli ustalać co jest kapu, a co nie, byli też objęci absolutnym immunitetem. Wszystko, co należało do wodza – żona, dzieci, ziemia, dom, ubranie – również było objęte kapu. Przestrzegania kapu pilnowali kapłani. Złamanie prawa, nawet nieumyślnie, było surowo karane. Najczęściej była to kara utraty życia.
Mauna Kea jest święta dla rdzennych Hawajczyków. Jest domem Na Akua (boskich bóstw) i Na’Aumakua (boskich przodków), a także miejscem spotkań Papy (Matki Ziemi) i Wakea (Niebiańskiego Ojca), którzy są przodkami ludu hawajskiego. Jest to zarówno miejsce pochówku, jak i ucieleśnienie przodków, w tym ali'i i kahuna.
Manua Kea jest tradycyjnie chroniona przez ''kapu''.
Współcześni hawajczycy nadal czczą Mauna Kea z szacunkiem, a wiele praktyk kulturowych i religijnych nadal tam się odbywa. Oprócz tego, że góra ma święte znaczenie, na szczycie znajduje się również blisko sto stanowisk archeologicznych i wiele tradycyjnych dóbr kultury.
I dlatego Hawajczycy protestują. Ale...

No właśnie jest ale.
Czytając różne artykuły dotyczące protestu przeciwko TMT, czytałam również komentarze. Najczęściej są to komentarze typu ''precz od naszej świętej góry''. Zdarzają się jednak i takie, które wskazują, że nie wszyscy mieszkańcy Hawajów są na nie. Oto przykład jednego z nich:

Komentarz do artykułu ''MaunaKea''

''Chociaż nie jestem Hawajczykiem, mieszkam na Big Island od 1978 roku i pracuję z wieloma rdzennymi Hawajczykami. Wielu z nich wyraziło mi, że popiera TMT budowane na Maunakea i ogólnie astronomię. Wypowiadanie się, że Hawajczycy są przeciwko TMT lub że TMT zbezczeszcza świętą ziemię, oznacza jednostronne spojrzenie na rzeczywistość, które nie jest poparte faktami!
(...)
Przyznaję, że jestem za TMT i uwielbiam astronomię! Mogę z przekonaniem powiedzieć wszystkim, że astronomowie również kochają Maunakea i nie zbezczeszczają żadnych świętych miejsc. Zachowują się z godnością i szacunkiem dla kultury hawajskiej!''.


Źródła:
www.ulukau.org
kaizenwong.angelfire.com
sites.coloradocollege.edu
Wikipedia













piątek

12 dzień czerwca


"Młodość jest przesycona przyszłością,
wiek dojrzały teraźniejszością,
a starość przeszłością."
Antoni Kępiński

Brydzia lata

Tak sobie myślałam, popijając moją kawę oczywiście, o moim dzieciństwie. Niektórzy twierdzą, że jeśli komuś zbiera się na wspomnienia często, to znaczy, że się ten ktoś się starzeje. Jeśli to prawda, to ostatnio nieźle się zestarzałam. Jeszcze do niedawna to chyba nie tylko ja miałam sporo czasu na wspomnienia...

Bez względu na to, jak bardzo się będę starać, to nie jestem w stanie opisać dzieciństwa szczegółowo (może jednak nie jestem aż TAK stara). Mam tylko zajawki; wyrywkowe sceny. Czasem kojarzę jakiś zapach. Jest tak, jakby ktoś zostawił na wierzchu kilka kartek z pamiętnika, a resztę gdzieś głęboko zakopał.

Najwcześniejsze ostre i wyraźne wspomnienie to sen, który miałam jako trzyletni berbeć (jestem pewna na 95%, że miałam wtedy trzy lata).

Bawiłyśmy się z siostrą i jej koleżankami w chowanego. Trzymając w rączce sznurek, do którego był przywiązany niebieski balon, szukałam miejsca, gdzie mogłabym się ukryć. Było lato. Słońce raziło w oczy, liście szeleściły, wokół kwiatów latały kolorowe motyle, między gałązkami krzaków bzyczały bąki i osy. A ja biegałam i nigdzie nie mogłam znaleźć odpowiedniej kryjówki. Nagle na chodniku przy tych zielonych wysokich drzewach zobaczyłam beczkę. Taką wielką, drewnianą. Taką w jakich (nie wiem, czy nadal) kisi się kapustę. Zajrzałam do środka. Beczka była pusta i było w niej wystarczająco dużo miejsca. Beczka niestety przeznaczona była wyłącznie dla mnie – balon nie chciał się zmieścić. Postanowiłam więc, że ja wlezę, a balon będzie sobie dyndał na zewnątrz. Nie chcąc stracić niebieskiego skarbu, cały czas mocno trzymałam sznurek (ten, do którego balon był przywiązany).
Skuliłam się w tej beczce (no, żeby jeszcze bardziej się ukryć), balon sobie dyndał na wietrze. Czekałam, aż mnie ktoś znajdzie.
Nagle poczułam, że coś jest nie tak, jak powinno. Wychyliłam lekko głowę. Beczka już nie stała na chodniku, ale unosiła się w powietrzu. To ten niebieski balon! Oczywiście, zaczęłam wołać siostrę. Nikt jednak mnie nie słyszał. Ani siostra, ani jej koleżanki, ani rodzice – zwyczajnie nikogo nie było – tylko Brydzia w beczce i balon. Zaczęłam krzyczeć i nic. Unosiłam się lotem swobodnym wyżej i wyżej, i... się obudziłam.

Czy obudziłam się z płaczem, z krzykiem? Nie wiem. Nie pamiętam, czy ktoś mnie przytulał, czy ktoś mnie uspakajał. Pamiętam wyłącznie sen.

Teraz, kiedy sobie tak wspominam, zastanawiam się: jak to możliwe, że ten balon dał radę unieść mnie i beczkę, a nie uniósł mnie, gdy szukałam kryjówki. No ale takie już są te sny. Szczególnie sny trzyletnich berbeciów, co o fizyce wiedzą tyle, ile meteorolog o pogodzie za tydzień.