niedziela

10 dzień marca


Tak sobie myślałam (popijając moją kawę oczywiście) i przypomniało mi się, że w ostatnim poście (klik-klik) wspomniałam o empatii. I wpadłam na pomysł, że mogłabym trochę rozszerzyć temat i opowiedzieć, dlaczego myślę, że "cierpię na empatię".
Przede wszystkim należy sobie wyjaśnić co to takiego empatia.
Otóż empatia to właściwość do współodczuwania emocji i uczuć – to tak najprościej.
"Empatia (gr. empátheia „cierpienie”) – zdolność odczuwania stanów psychicznych innych (empatia emocjonalna), umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość (empatia poznawcza)." (z Wikipedii)
Jak to się ma w praktyce? Jeśli w moim otoczeniu jest dużo osób zdenerwowanych, ja się denerwuję. Jeśli obok mnie znajdują się osoby czymś podekscytowane - ja też czuję ekscytację. Nie muszę rozmawiać z tymi osobami, nie muszę ich znać. Odczuwam tylko ich emocje. Wierzcie mi lub nie, taka właściwość to nic przyjemnego. Jeśli wokół mnie jest dużo ludzi i każdemu z nich towarzyszą inne emocje, to jakie ja emocje odczuwam? Wszystkie. Te "wszystkie" emocje walczą ze sobą o pierwszeństwo, przechodzę w ze stanu euforii do smutku na pstryknięcie palcem.
Tyle, że to nie JA.
To nie ja się denerwuję, to nie ja się boję, to nie ja się cieszę, to nie ja się dobrze bawię – to wszystko nie moje emocje. Obecnie potrafię nad tym zapanować, ale nie zawsze tak było.
Przez długie lata wolałam być z dala od ludzi, intuicyjnie, o empatii nic nie widziałam. Najlepiej się czułam we własnym towarzystwie. Miałam znajomych, koleżanki, przyjaciółki, nawet na imprezy się chodziło – ale tak trzeba było, bo tak robili wszyscy, bo to było "normalne". Nie chciałam być nienormalna.
Uwielbiałam zostawać w domu zupełnie sama. Odkąd pamiętam lubiłam się bawić w komórce, w kąciku, przy piecu. Najlepiej było, jak jakaś zasłonka była - nikt mnie nie widział, nikogo ja nie widziałam. Podrosłam, przyszedł "trudny wiek", chciałam być jak inni... Ale to nie ja.
W końcu uznałam i przyznałam się sobie, że ludzie mi nie są potrzebni, że ludzi nie lubię – ale jak tu żyć, jeśli nie masz wystarczających środków, żeby na bezludną wyspę wyjechać.
I dobrze, że tych pieniędzy nie miałam i na bezludnej wyspie nie mieszkam. Czy byłoby mi tam dobrze? Nie wiem. Dla mnie się liczy fakt, że dowiedziałam się w końcu, gdzie leży problem i nauczyłam się kontrolować "niewłasne" emocje. Mało tego, uczę również Bąbla, bo zauważyłam, że w niektórych sytuacjach zachowywał się tak jak ja kiedyś.
O empatii przeczytałam to i owo. Dużo bzdur również. Nie mogę pojąć, dlaczego specjaliści od psychologii twierdzą, że empatia to zaleta, czytałam nawet, że empaci to z reguły charyzmatyczne osoby. Być może w niektórych przypadkach. W większości przypadków takie osoby pojęcia nie mają dlaczego odczuwają taką huśtawkę emocjonalną jak baba podczas menopauzy. Takie osoby z reguły myślą, że mają kuku, stronią od ludzi, popadają w uzależnienia - tylko po to, żeby przestać czuć emocje. O empatii niewiele się mówi – nie tylko w Polsce, często myli się empatię z sympatią, a to absolutnie i konkretnie co innego.
Nie wiem jeszcze w jaki sposób empata odbiera emocje innych – czy to ma związek z jakimiś metafizycznymi właściwościami, czy to ma związek z jakimiś uszkodzeniami w mózgu, czy to ma związek z tzw. inteligencją emocjonalną, dzięki której jesteśmy zdolni „czytać” ludzi na podstawie mowy ciała. Tego wszystkiego nie wiem. Wiem tylko tyle, że dar empatii nie jest dobrem – niestety.
Będąc w towarzystwie muszę się kontrolować cały czas, muszę cały czas uważać, czy mam powód do czucia tego co czuję – jeśli stracę kontrolę, wybucham ni z tego ni z owego złością, płaczem, śmiechem, nagle jestem dumna jak paw, albo przestraszona jak myszka. Dopóki kontroluję uczucia i emocje, dopóty jestem sobą.
Życie empaty jest ciężkie jeszcze z jednego powodu. Empata często działa jak wykrywacz kłamstw. Najgorsze jednak jest to, że nie krzyczy „ty kłamczuchu” tylko dlatego, żeby nie zrobić przykrości kłamczuchowi, a tym samym sobie. Bo smutek kłamczucha, albo jego złość (że kłamstwo ktoś odkrył) empata odczuje jak swoje. Zgadza się wobec tego na to, aby go oszukiwano. Nie ma mowy o asertywności. Zgoda na to, aby być oszukiwanym nie przynosi nic dobrego, wręcz przeciwnie - dostarcza cierpień, poczucia, że świat jest niesprawiedliwy, że życie jest nie fair. 
Co może pomóc? Samokontrola. Trzeba się nauczyć kontrolować swój nastrój, robić audyt na tyle często, żeby wychwycić moment zmiany i zastanowić się chwilę nad tym. Czy emocje są moje? Czy rzeczywiście mam powód, żeby się denerwować, wściekać, smucić? W większości przypadków takich powodów nie widzę, biorę głęboki oddech lub dwa i staram się myśleć o różowych słoniach.
Dlaczego mówię o negatywnych uczuciach? Bo te pozytywne nie są złe – ja tam lubię się śmiać bez szczególnego powodu – no ale ja już taka dziwna jestem.


piątek

8 dzień marca


''Jedyną rzeczą,
której musimy się lękać,
jest sam strach.''
Napoleon Hill

O co Hillowi chodziło, gdy pisał te słowa, o jakim lęku myślał, nie wiem, ale mogę powiedzieć, czego ja się boję. 
Dużych pająków, węży, samochodów, rozmów telefonicznych...
Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, dlaczego tak bardzo nie lubię rozmawiać przez telefon. To nie jest tak, że się telefonu boję, ale tak bardzo nie lubię, że wolę rozmów telefonicznych unikać. Kiedy o tym myślę, jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy to, że przez telefon nie "czuję" rozmówcy. Nigdy nie robiłam żadnych badań, ale zdaje się, że jestem empatką.
Pisałam już o empatii?
Miało być o strachu.
No to się boimy. Oglądamy horrory, słuchamy wiadomości, czytamy newsy. I się boimy. Niby nic przyjemnego, a robimy wszystko - w każdym razie dużo - żeby wywołać uczucie strachu. Jesteśmy nawet skłonni zapłacić, żeby ten strach był bardziej realny. Z drugiej strony deklaracji "och, popływałabym osobie z rekinami, no tak sobie, bo lubię się bać" nikt nie wygłasza. No chyba, że pływanie w klatce. Taki „bezpieczny” strach.
No to jak jest; lubimy się bać czy nie?
Otóż wierzę, że nie tyle się bać lubimy, co MUSIMY. Pozorne niebezpieczeństwo i strach z tym związany, przygotowuje organizm do reagowania w odpowiedni sposób w czasie prawdziwego niebezpieczeństwa.
Gdy się boimy, organizm zaczyna produkcję hormonów, które pomagają nam szybciej biegać, wzmagają naszą siłę, poprawiają pracę serca, płuc. Nasz organizm sprawdza, ile tych hormonów musi wyprodukować, żeby zadziałało. Taki trening, bo gdy realne niebezpieczeństwo przychodzi, to nie ma czasu na eksperymenty.
Podobnie działają senne koszmary. Ich zadaniem jest "nauczenie" organizmu, ile trzeba tych hormonów wydzielić, żebyśmy byli w stanie odpowiednio zareagować, ile, żeby nam nie zaszkodziło (pewnie dlatego się budzimy w czasie koszmarów). Bo nadmiar szkodzi.
Hormony strachu (katecholaminy) organizm wydziela, gdy żyjemy w stresie, w napięciu - niby się nie boimy, ale... Dlatego ważne jest, żeby się nie denerwować byle bzdurą.
Ciekawe jest to – tu znalazłam – iż do wzrostu poziomu hormonów strachu (stresu, jeśli ktoś woli) dochodzi również podczas intensywnego treningu. Jeszcze bardziej ciekawe jest to, że im osoba bardziej wytrenowana, tym mniej tych hormonów się wydziela. Czy to dlatego, że organizm „uznaje”, że nie trzeba się przygotowywać na wypadek prawdziwego niebezpieczeństwa? „Serce jak dzwon, wszystko dobrze natlenione, mięśnie jak stal – poradzę sobie nawet z tygrysem szablozębnym”.
Na mój chłopski rozum – im lepiej wytrenowana będę, tym lepiej ze stresem sobie poradzę. Czyli zanim poproszę szefa o awans, muszę się wypocić na siłowni.


Na koniec mój ulubiony cytat o strachu. Często powtarzam w trudnych momentach pierwszą linijkę.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Frank Herbert „Diuna”

środa

6 dzień marca


Tak sobie myślałam (popijając moją kawę oczywiście) o motywacji.
Z motywacją jest jak z wodą w ogrodzie. Jeśli pielęgnujesz ogródek, wyrywasz chwasty, przesadzasz roślinki, usuwasz zbędne gałązki, czy nie wiadomo jeszcze co, to wszystko na nic, jeśli nie zadbasz o to, aby roślinki miały odpowiednią ilość wody. Żeby nie wyschły – podlewasz.
A co, jeśli podlewasz zbyt często, albo pada zbyt długo? Czy z motywacją też tak jest, czy można motywację przedawkować?
Są tacy, którzy twierdzą, że tak, że zbyt dużo motywacji może wypalić (jeśli pociągniemy porównanie z wodą - utopić) zapał. Jednak osobiście nigdy nie doświadczyłam "nadmiernej motywacji". Zawsze mi jej brakowało. Dobrze jest jednak o tym pamiętać i motywację dozować jak alkohol – ostrożnie (alkohol też jest na bazie wody, więc blisko pierwszego porównania).
W moich oczach sztuką nad sztuki jest umiejętność motywowania samego siebie, bez udziału innych osób. Bo nie jest trudno się wziąć w garść, jeśli wszyscy i wszystko wokół krzyczy „dasz radę”, „nie poddawaj się”, a co innego, gdy wszyscy, nawet szeptem mówią „to ci się nie opłaca”, „po co tracisz energię”, „nie nadajesz się”. Każdy z nas słyszał taki „doping”?
Niestety psychika - według mądrych ludzi - działa tak, że ulega sugestiom. Prędzej czy później, słysząc antymotywacyjne hasła człowiek zaczyna się zastanawiać, analizować, wyciągać wnioski... Szukając dziury w całym dochodzi do wniosku, że rzeczywiście nie warto.
Czy jest sposób na to, żeby nie ulegać manipulacji, uodpornić się na sugestie z zewnątrz?
Z perspektywy przeżytych lat mogę powiedzieć, że tak, ale nie jest łatwo. Przede wszystkim trzeba wiedzieć do czego chce się dojść, co jest celem. I tu pułapka – TE cele to z reguły nie są jakieś tam dobra materialne. Te wszystkie „większy dom”, „lepsza praca”, „wymarzony partner”, to środki do osiągnięcia tego CELU GŁÓWNEGO. To są moje obserwacje i odkąd zaczęłam się tego trzymać, jest mi znacznie łatwiej znaleźć siłę do wstawania rano, codziennie. Problem w tym jest niestety, że bombardowani od dziecka sugestiami innych, nie zdajemy sobie sprawy co DLA NAS jest najważniejsze.
Odkąd pamiętam, uczono mnie być cicho, nie wychylać się, nie chwalić się, nie mówić nic, jeśli mogłoby to sprawić komuś przykrość. Uczono mnie, że pieniądze nie mają wartości, że karierę robi się z egoistycznych powodów, że egoizm jest zły, że trzeba słuchać „autorytetów” i jeszcze tysiąc innych głupot, które sprowadziły mnie do poziomu szarej myszki chowającej się w kącie.
Wychodzenie z tego kąta nie jest łatwe. Ale im dalej nosek myszka wysuwa, tym bardziej przekonuje się, że ten świat nie jest taki zły i coraz odważniej z kąta wychodzi.
Zdarzają mi się takie dni, że nic mi się nie chce, nie mam siły na cokolwiek. Wystarczy wówczas, że się dobrze wyśpię i wracam do życia. Często ze zdwojoną siłą.
Jeśli konkretnie wiesz, do czego dążysz i nagle sił Ci zabraknie – wyśpij się. Śpij aż do bólu pleców, aż Ci się oczy posklejają, aż będziesz mieć dość. Jeżeli nadal nie będzie się chciało – no cóż – wtedy trzeba się zastanowić, czy to co robisz, rzeczywiście robisz dla siebie.



poniedziałek

4 dzień marca


Nasze pragnienia są przeczuciami zdolności, które w nas drzemią,
zapowiedziami tego, czego będziemy w stanie dokonać”.
Johann Wolfgang von Goethe

Tak sobie myślałam (popijając moją kawę oczywiście) o marzeniach. Nie znam osoby, która nie marzy. Czasami słucham o marzeniach wielkich, czasami o bardzo małych, ale nie spotkałam osoby, która nie marzy w ogóle.
Ja marzę. Marzeń mam wiele. Marzenia motywują mnie do działania. Zawsze tak było, ale nie zawsze zdawałam sobie z tego sprawę. Wiele z moich marzeń się spełniło, ale nie tak "samo-się”.  Prawdą jest, co mówi Jakub B. Bączek: „marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia”.
Pamiętam doskonale czas, kiedy chyba większość Polaków śniła o wyjeździe za granicę, żeby w innym kraju sobie życie układać. Ja też. Myślałam, marzyłam i nic nie robiłam, i nic się nie działo. Do czasu. Zrobiłam sobie plan, sprawy potoczyły się szybciej. W roku 2004 Irlandia otworzyła granice dla Polaków. W 2005, w lutym, wyjechałam. I jestem, i mieszkam, i pracuję.
Kiedy przyjechałam do nowego miasta i miałam czas na zwiedzanie, często odwiedzałam miejsce w którym obecnie pracuję. „Miłość od pierwszego wejrzenia”. Zabrało mi to trzy lata. Aż trzy lata, bo nie wiedziałam, że pierwszy krok (oraz każdy następny) należy do mnie. Nie wierzyłam, że może mi się udać, nie wierzyłam, że zasługuję. I udało się, ale tylko dlatego, że JA pozwoliłam na to, tylko dlatego, że JA podjęłam działanie, zrobiłam to, co zrobić należało.
Marzenia się spełniają tylko, jeśli pomagamy im się spełniać. Nie ma znaczenia jakie to marzenia; lepszy samochód, większy dom, nagroda Nobla, lot na Księżyc... trzeba podjąć działania. Zrobić sobie plan i działać.
W całym tym procesie czeka kilka pułapek. O tym też trzeba pamiętać.
Przede wszystkim trzeba być konsekwentnym. Właśnie teraz mnie to osobiście i dobitnie dotknęło (i dlatego tak rozkminiam te marzenia).
Musiałam wybrać – realizować moje marzenie „w trakcie”, czy podjąć wyzwanie i skorzystać z fajnego wyjazdu służbowego. Wybory, ach te wybory. Po męczących moją głowę rozważaniach, po tysiącach sekund poświęconych na analizę, co dla mnie jest ważniejsze, wybrałam. Zostaję, żeby moje osobiste marzenie spełnić, bo samo się nie spełni.
Jest jeszcze jedna pułapka w procesie spełniania marzeń – nie wszystko zależy tylko i wyłącznie od nas. Trzeba umieć się z tym pogodzić (wyciągnąć odpowiednie wnioski i być może wprowadzić w życie plan B). Gdyby rząd Irlandii nie otworzył granic dla Polaków, pewnie nie byłabym w stanie przyjechać tu na stałe. W najlepszym układzie, zabrałoby to znacznie więcej czasu.
Kiedy byłam dzieckiem często słyszałam, że mam „zejść z obłoków”, że trzeba na życie patrzeć realnie – zostałam obdarta z radości życia, jaką daje poczucie świadomego spełniania marzeń, poczucie pewności, że nasze sukcesy zawdzięczamy sobie.
Kiedy teraz Bąbel o czymś marzy (i dzieli się tym ze mną), pytam go: „no to co zrobisz najpierw, żeby marzenie spełnić”. Jeśli chce latać, to wyjaśniam, że nie ma szans, żeby mu skrzydła wyrosły. Zamiast tego opowiadam mu o lotniach i szybowcach. Sprawdzamy ile kosztują kursy, jaki wiek trzeba osiągnąć. Nie mówię mu „zejdź na ziemię”. Gdyby tak mówiono do braci Wright, to mogłabym opowiadać Bąblowi tylko o balonach.
Konfucjusz powiedział, że „tysiąc-milowa podroż zaczyna się od pierwszego kroku”. Pierwszym krokiem do świadomego spełniania marzeń powinna być jednak nauka, nauka planowania. Nie miałam takich zajęć w szkole i chyba nadal tego w szkole nie uczą. Na szczęście mamy internet. Wzięłam więc odpowiedzialność za swoje marzenia. Późno? Oh, lepiej późno niż wcale.


sobota

2 dzień marca


To już trzeci miesiąc pisania. Tak sobie myślałam (popijając kawę oczywiście), ile osób jest ze mną od początku.
Wspominałam już wcześniej, że pisanie traktuję jako swego rodzaju terapię. Ale to nie wszystko. Przygotowując niektóre z postów musiałam zajrzeć tu i ówdzie, żeby pierdół nie pisać. Trochę wobec tego się nauczyłam.
Dwie sprawy mnie zainteresowały i mam zamiar się trochę bliżej im przyjrzeć.
Jedna sprawa dotyczy coachingu. Dla mnie to totalna nowość. Do tej pory coach, czyli po polsku trener, kojarzył mi się ze sportem. Taki opiekun zawodników, co to im pokazuje sztuczki, metody i motywuje do zdobywania medali. Tymczasem okazuje się, że podobne metody stosuje się również w innych dziedzinach. Można się zapisać na business coaching, mental coaching, life coaching... i kto wie, jakie tam jeszcze inne coachingi. Rozumiem, że jakiś businessman korzysta z usług takiego trenera, bo dla niego odpowiednikiem medalu będzie jakiś fantastyczny kontrakt. Ale life coaching? Że co? Żeby żyć to trenera potrzeba?
Mam już swoje spostrzeżenia i - uwaga - life coaching może się przydać. Ale dziś nie będę o tym pisać.
Druga sprawa, która mnie nurtuje i spać mi nie daje, to problem ponadczasowy, którym ludzkość zajmuje się od zarania. Chodzi o szczęście. Zastanawiam się, dlaczego tyle osób twierdzi, że "będzie szczęśliwa, gdy to-czy-owo". Dlaczego tyle ludzi wiecznie szuka szczęścia. Pisarze o tym powieści piszą, poeci rymy układają, kompozytorzy symfonie tworzą, malarze farby mieszają na płótnach. Wszystko o tym, jak to jest ciężko szczęście złapać i zatrzymać. Zastanawiam się, czy jest to w ogóle możliwe. Czy rację mają naukowcy z Harvardu (pisałam tutaj), czy może muszą być spełnione jeszcze inne warunki? A może stan, który ludzie nazywają szczęściem, to tylko wynik wydzielania hormonów? Może to tylko uzależniające substancja w mózgu powodują, że czujemy się dobrze i chcemy się nimi „upijać” codziennie? Może szczęście to wymyślone przez starożytnych „trenerów życia” motywacyjne hasło, które ma pobudzać ludzi do działania, do wymyślania nowych rzeczy, nowych idei?
Mam zamiar rozgryźć to na miazgę, robić na atomy. Zbadam każdy kwant, kwark i gluon tego, co ludzkość szczęściem nazywa.
Mam tylko nadzieję, że przy tym rozbijaniu żadnego wybuchu nie wywołam. Z drugiej strony; jeśli taka bomba mogłaby obdarować ludzkość szczęściem, no to nie wiem, na ile bym była ostrożna.